— Ale jednak uważa mnie pani za... szuję. Mniejsza zresztą o epitet. Taki czy inny... To nie ma już znaczenia.
— Przecież sam pan twierdzi, że lepiej, że mądrzej, że trzeba wiedzieć w jakim się jest klubie.
— Tak, tak, ale...
— Ja zaś, niech pan mi wierzy, żadnych z tej świadomości nie wyciągam wniosków. Miał pan rację, że jestem taka, jak i reszta stowarzyszonych. Nie stać mnie na heroizm wyrzeczenia się, czy walki. Więc o cóż panu chodzi?... Pogodziłam się z tem wcześniej nim zrozumiałam, że się mogę z tem pogodzić.
Murek gryzł papierosa i milczał. Z przeraźliwą jasnością widział teraz, czem jest już nietylko dla siebie, lecz dla wszystkich, dla wszystkich ludzi, z którymi się styka. Ta dziewczyna uważa go za brudnego aferzystę, jej ojcu nigdy do głowy nie przyszło oczekiwać odeń jakiegoś sprzeciwu etycznego, zgóry miał go za człowieka bez skrupułów. Żołnasiewicz, pani Helena, tutejsi goście i znajomi, finansiści, z którymi prowadzi pertraktacje, urzędnicy i dygnitarze, u których załatwia sprawy formalne — każdy z nich domyśla się w nim szubrawstwa. A towarzysze partyjni? Podają wprawdzie rękę i nazywają towarzyszem, lecz i oni mają go przecie za łotra bez czci i wiary. Nawet Piekutowski i Majster uważali go za coś znacznie gorszego od siebie. A cóż mówić o Arletce! Arletka wie, lepiej niż inni, że jej kochanek jest kryminalistą.
Ileż razy musiał wobec każdego z nich hamować się przed bodaj retorycznem odwołaniem się do własnej godności, ile razy w porę przygryzał język, by nie wypowiedzieć o kimś potępiającego sądu. Każdy parsknąłby mu w oczy śmiechem, każdy jeżeli nie słowami, to wzrokiem zapytałby szyderczo:
— Jakież prawo masz ty do sądzenia innych?
Tak. Tunka umiała się pogodzić instynktownie, zanim nawet zrozumiała, że jest to dla niej możliwe. Arletka zapewne nie zastanawiała się nad tem wcale. A on?... Czyż nie czuje lepkiej cieczy dookoła siebie? Czy wytrzyma długo w tej atmosferze?... Czy nie zdusi go zaduch świadomości, jawności własnego upodlenia.
I to pogodzenie się wszystkich z tym stanem rzeczy!
Uczucie ohydy opanowało go tak silnie, że z trudem powstrzymał się od wypowiedzenia Tunce tego wszystkiego, od zapłacenia jej pogardą za to, że ona na czynną pogardę zdobyć się nie umiała.