— Ile?

— Jakto ile?

— Dużoby pani dała, więc ile?... Nie trzeba używać pustych słów, panno Tunko. Więc czego pani wyrzekłaby się za to? Do jakich ofiar byłaby pani skłonna?... Co?... Widzi pani! Każdemu łatwo rzucić na wiatr efektowne powiedzonko: dużo dałabym! Gdy jednak przyjdzie do dawania, okaże się, że owe „dużo” to zupełne „nic”. Ja natomiast zbyt długo w takim klubie byłem naiwnym prostaczkiem. Aż mnie dżentelmeni ograbili, okradli i obdarli ze wszystkiego. I widzi pani, dlatego wolę być dzisiaj świadomym członkiem tego bractwa, niż jego ofiarą.

Panna Tunka spojrzała mu w oczy:

— A dobrze panu z tem?

— Co to znaczy, czy dobrze? — wybuchnął Murek. — Musi być dobrze. Pani stawia niedorzeczne pytania!

Zerwał się i ze złością odsunął krzesło, po chwili jednak opanował się:

— Przepraszam panią — bąknął — ale gdyby pani znała życie tak, jak pani ojciec, jak ja... Są rzeczy, nad któremi wogóle nie należy się zastanawiać. Nie wolno. Och, panno Tunko, panno Tunko! Nawet pani nie przypuszcza, ile goryczy wzburzyła pani we mnie.

Stanął przy oknie i umilkł.

— Nie zamierzałam sprawić panu przykrości — odezwała się.