— Ale cóż ja na to poradzę — ciągnęła — że we mnie to wywołuje i wstręt, i zniechęcenie, i lekceważenie dla samej siebie. Że mi duszno w tej atmosferze! Mama powiada, że ze wstydu ludziom w oczy nie spojrzy. Ja zaś wiem, że potrafię spojrzeć tak samo odważnie, jak dawniej. Tylko dawniej wierzyłam, że mam do tego prawo, a dziś...
Umilkła i po chwili powiedziała:
— Czytałam kiedyś, że w New Yorku, czy też w Londynie istnieje klub, napozór niczem nie różniący się od innych. Zbierają się tam panowie wytwornie ubrani i przestrzegający rygorystycznie przepisów dobrego tonu. Jeden drugiego traktuje, jak nieskazitelnego dżentelmana, chociaż wszyscy bez wyjątku są przestępcami i każdy z nich o tem wie.
— I cóż dalej?
— Nic. Tylko tutaj w domu, w otoczeniu... rodzinnem, wśród przyjaciół mego ojca, czuję się tak, jak gdybym się znalazła w tamtym klubie.
— Dziękuję pani — zaśmiał się z przymusem.
— Nie chciałam pana obrazić.
— I nie obraziła mnie pani.
— Ale... Ale wolałabym, nawet trafiwszy do owego klubu, nie wiedzieć, że się w takim klubie znajduję. Dużo dałabym za to złudzenie.
Spojrzał na nią ironicznie: