— Nie znudził się pan? — zapytała go Mika, gdy znaleźli się nauboczu — Prawda, jacy to mili ludzie?
— Niezwykle przyjemnie spędziłem wieczór i bardzo jestem pani wdzięczny, panno Miko — odpowiedział szczerze.
Wyszedł razem z doktorostwem Lipczyńskimi i z Kańskim, Kański jednak pożegnał się z nimi już na placu Wilsona i wsiadł do tramwaju, twierdząc, że na pieszy spacer do miasta nie ma czasu.
— Dziwny człowiek — powiedziała po jego odejściu panna Nawieyska.
— Artysta — tonem usprawiedliwienia odpowiedział Lipczyński.
— Może... Jednak obawiam się, że Mika nie zrobiła dobrego wyboru.
— Moja droga — uśmiechnął się do niej doktór, — oni jeszcze nie są po ślubie.
— I mam wrażenie, że nigdy nie będą — dodała jego żona.
— I tem lepiej dla niej — zakonkludowała ich kuzynka i zwróciła się do Murka: — Ale pan gotów nas posądzić o brzydką obmowę.
— O nie, przeciwnie — odpowiedział, — w zupełności podzielam zdanie pań.