I jakież może być szczęście dwojga ludzi, gdy jedno z nich jest nieustającą groźbą dla drugiego?

Trzeba, koniecznie trzeba wyzwolić się. Nie chciał tylko myśleć nad tem: jak?... Gdzieś pod czaszką wprawdzie wylęgła się czarna myśl: natarczywie, wytrwale, pocichu powtarzała: zabić... Ale Murek ze wstrętem wypierał się tej myśli. Wiedział, że do tego nie jest zdolny, że wolałby sobie w łeb palnąć.

Minęły znowu dwa dni, a Murek wciąż odkładał decyzję.

— Gdybym mógł złapać trochę oddechu, gdybym mógł wyjechać i nie widzieć ich wszystkich, ani Arletki, ani Czabanów... Zapomnieć o nich i zapomnieć o sobie...

Pragnienie to stawało się coraz silniejsze. Niestety, niepodobna było nawet marzyć o wyjeździe. Miasto-ogród Medana rosło szybko, jak wiosenne pędy drzew i wymagało moc pracy. Na szczęście Czaban wyprawił żonę i Tunkę do Paryża, gdzie miała być zakupiona wyprawa. W ten sposób Murek od czasu do czasu miewał wieczory wolne. I wtedy właśnie przyszło mu na myśl odwiedzić Mikę Bożyńską, w której mieszkanku na Żoliborzu było tak inaczej, może dlatego, że i sam czuł się tam innym.

Przykrą niespodzianką było to, że zaraz za pierwszym razem, zastał gości. Był doktór Lipczyński z żoną, ich kuzynka, panna Nawieyska, młody inżynier Minasowicz, profesor gimnazjalny Sudra z siostrą skautką i narzeczony Miki Tomasz Kański.

Właściwie mówiąc, tylko spotkanie tu tego faceta sprawiło Murkowi przykrość. Przyjęto go z dyskretną, ale przecież wyraźną życzliwością. Murek łatwo się domyślił, że panna Mika musiała każdemu z nich naopowiadać tyle cudów o nim, w ile sama wierzyła.

Kański grał na skrzypcach. Grał rzeczywiście pięknie, zdawał się nie widzieć audytorjum, a gdy skończył, był naprawdę wzruszony. Nie szczędzono mu powinszowań, a Mika, raz po raz spoglądając na Murka, czekała i jego aprobaty. On zaś nie odmówił jej tej drobnej przyjemności, co mógł zrobić tem szczerzej, że i w obejściu Kański sprawił raczej dodatnie wrażenie, w każdym razie lepsze, niż to, jakie Murek sobie wyrobił dawniej. Jednak różnił się niezbyt dla siebie korzystnie od reszty gości. Inżynier Minasowicz dyskutował właśnie z Sudrą na temat wychowania fizycznego młodzieży, twierdząc, że nie trzeba się bać oklepanych frazesów i że „mens sana in corpore sano” ma więcej racji, niżby się zdawało. Profesor był odmiennego zdania. Wkrótce wciągnięto do rozmowy doktora Lipczyńskiego i jego żonę. Dyskusja przeniosła się na szersze zagadnienia: celowości istnienia, postępu duchowego i zadań kultury.

Przy herbacie prym w rozmowie wzięły panie i — jak zwykle w takich wypadkach — dyskusja z abstrakcyj przeszła do praktycznych dotykalnych spraw, stąd zaś do rzeczy osobistych. Ludzie ci znali się widocznie doskonale i mieli wielu wspólnych znajomych, gdyż materjału do ploteczek, bynajmniej jednak nie złośliwych, nie brakowało. Rostrząsano, dlaczego się niepowodzi temu, jak trzeba przemówić do rozsądku tamtemu, skąd są nieporozumienia wśród dawnych przyjaciół, gdzie możnaby znaleźć posadę dla bezrobotnego kolegi.

Przez cały wieczór Murek czuł się wśród nich nieco skrępowany, lecz nie żałował już, że tu przyszedł.