— Dobrze — zgodziła się natychmiast i położyła słuchawkę.
Murek nie odkładał swojej jeszcze przez dobre kilka minut: chciał się przekonać, czy Arletka nie spróbuje zaraz połączyć się z tamtymi. Nieco uspokojony wyszedł na ulicę, narzuciwszy na siebie jakąś starą jesionkę, którą znalazł w komórce.
Do umówionego miejsca zbliżył się, zachowując wszelkie ostrożności i ściskając w kieszeni kolbę rewolweru. Arletka była sama. W sąsiednich wnękach bram stało dużo dziewczyn ulicznych, ale żadnych mężczyzn nie dostrzegł. Zrównał się z Arletką i wziął ją pod rękę. Przytuliła się i zaszeptała:
— Tak się bałam o ciebie. Czytałeś gazety?
— Czytałem. Chodźmy tędy — pociągnął ją w stronę Złotej — a cóż tamci? Wrócili na Solec?
— Wrócili. I nie wiedzą co się z tobą stało. Posądzają cię, żeś odebrał temu gościowi walizkę i zwiał.
— No, i co?
— Ja im mówię, że niemożliwe, ale Piekutowski twierdzi, że tyś pewno ukrył się, ze strachu przed policją, ale że dasz znać o sobie i przyniesiesz tę forsę do podziału. A najgorzej to boją się, byś nie spróbował sprzedać tych papierów, bo wówczas złapaliby cię odrazu.
Murek uśmiechnął się:
— A ty jak myślisz? Mam ja tę walizkę?