— Jutro wstąpi pan do nas — powiedział Sztyfel — i umówimy się na spotkanie z tą dziewczyną.

Murek nie wrócił do domu. Pojechał na Skolimowską i stamtąd zadzwonił do Arletki.

— Sytuacja jest nadal groźna — powiedział jej — ale jeszcze spróbuję różnych sposobów. Dziś nic stać się nie może, bo główna osoba, która w tem zadecyduje, jest poza Warszawą. W każdym razie mamy dzień wytchnienia.

Zaczęła dopytywać się o szczegóły, lecz tylko ją ofuknął:

— Chyba rozumiesz, że nie nadaje się to do rozmowy telefonicznej.

Przez cały dzień zajęty był sprawami Medany. Wrócił dopiero późnym wieczorem, a wyglądał na tak zmęczonego, był tak mizerny i zdenerwowany, że Arletka sama namówiła go, by zaraz położył się spać. Zato nazajutrz obudziła go wcześniej i z uwagą wysłuchała sprawozdania o sytuacji.

Murek przedstawił jej rzecz spokojnie. Wyjaśnił, że wywiad komunistyczny zdołał wszystko wyśledzić, że w Centralnym Komitecie Wykonawczym dziś zapadnie wyrok, odkładany tylko dlatego, że prezes nie przyjechał z Kielc. Wyrok wszakże jest zgóry przesądzony: oboje zostaną zadenuncjowani w policji, co grozi im długoletniem więzieniem. Przez swoich przyjaciół Murek próbował wpłynąć na złagodzenie wyroku, lub uzyskać zwłokę. Skutek jednak tych zabiegów okazał się wręcz przeciwny. Mianowicie, władze partyjne, dowiedziawszy się, że Murek jest poinformowany o ich zamierzeniu, nakazały śledzić zarówno ją, jak i jego i w wypadku, gdyby próbowali uciec, przyśpieszyć donos.

— A mówiłam ci — z wyrzutem zawołała Arletka — mówiłam, że nie wolno nam tracić czasu! A ty nic nie robisz!

— Przeciwnie. Nie zmarnowałem ani godziny.

— Wciąż łudzisz się, że oni okażą się wspaniałomyślni?