— Zapewne...
— Ale i tak, pojedyńczo będziemy śledzeni.
— To już ich sprawa. To są spryciarze. Tak wszystko zorganizują, że przewiozą i ciebie i mnie bezpiecznie. Ich własny interes w tem.
— Ale nie byłeś tak naiwny, by im zapłacić zgóry? — zaniepokoiła się.
— Skądże! Zapłacę im na miejscu. Dałem narazie pieniądze tylko na paszporty, wizy i na bilety okrętowe.
— To lubię — zawołała. — Wiesz, że nawet nie przypuszczałam, żeś ty już o wszystkiem pomyślał. Dzielny z ciebie chłop. Nie zginiemy, zobaczysz, w Argentynie, czy gdziekolwiek, wszędzie sobie damy radę. Więc mam się pakować?
— Tak, ale weź tylko lepsze rzeczy. Nie trzeba na siebie zwracać uwagi nadmiarem bagażu. Wychodzę teraz na miasto i niedługo zadzwonię po ciebie. Spotkamy się z nimi i obgadamy wszystko razem.
— Doskonale. A ja zabiorę się do pakowania.
W godzinę później zadzwonił telefon i Arletka wyszła do pobliskiej cukierni. W kącie siedział Murek z dwoma mężczyznami, z których młodszy, wcale przystojny blondyn, przywitał ją komplementem:
— Trudno mi będzie panią przeszwarcować. Taka piękna kobieta zwraca powszechną uwagę.