Podniósł się i zataczając się, podszedł do okna. Coś mu mówiło, że los, wielki los, pokrzyżuje wszystkie plany, że oto Arletka wróci... Jakżeby gorąco tego pragnął i jak bał się tego.

Zegar wydzwonił ósmą, później dziewiątą. Pociąg już pędzi gdzieś daleko ku Gdańskowi.

— Dlaczego los zostawia mi zawsze decyzję? — myślał z przerażeniem. — Dlaczego nie wtrąci się, nie pogruchocze moich planów, dlaczego cała odpowiedzialność ma spadać na mnie?...

Wyjął z kredensu butelkę wódki.

— Upiję się — postanowił. — To mi sprawi ulgę.

Lecz alkohol podniecił tylko jego wyobraźnię. Dopiero po dłuższym czasie trucizna zaczęła działać zbawczo, mącąc myśli, wykrzywiając obraz rzeczywistości, zmieniając ciężar i sens zdarzeń, stępiając zdolność rozpoznawania własnych odczuć i sprowadzając wreszcie duszny zapad ołowianego snu.

Obudził się po kilkunastu godzinach, dziwnie ociężały i zobojętniały na wszystko. Gdyby teraz dowiedział się, że plan wywiezienia Arletki nie udał się, gdyby nawet ona sama zjawiła się przed nim z żądaniem zadośćuczynienia i zdania rachunków, nie wysiliłby się na jedno słowo obrony. Gdyby aresztowano go, przyjąłby to z apatją. Przestała go obchodzić i Medana, i Czaban, i własna przyszłość, a stwierdzenie tego wydało mu się rzeczą naturalną i już trwałą, już niezmienną.

Życie jednak nie wyrzekało się swoich praw. Raz, drugi i trzeci odezwał się telefon. Przynieśli wykazy z banku, o dziesiątej przyszedł Żołnasiewicz po podpisy, a w godzinę po nim Czaban z awanturą, że przegapili wczoraj termin odnowienia umowy na dostawę nabiału.

Trzeba było zaraz jechać do biura. Sprawy bieżące też wymagały ustawicznej kontroli i stopniowo budziły w Murku uwagę, zainteresowanie, aż pochłonęły go całkiem.

W trzy dni później, gdy odbywał konferencję z kierownikami poszczególnych działów leczniczych Medany, sekretarka podała depeszę: