— A zechce pan dać mi dowód, że tak jest naprawdę?

— O, aż dowód? — z rezerwą zaśmiał się Murek.

— Tak. Niech pan jutro znowu mnie odwiedzi.

— Nie wiem, czy nie będę zmuszony...

— Niech pan nie będzie do niczego zmuszony — przerwał serdecznie Lipczyński.

Uścisnęli sobie ręce. Murek obiecał wpaść doń jutro o siódmej.

Nazajutrz dotrzymał słowa. W towarzystwie tego człowieka wypoczywały mu nerwy. Tym razem rozmowa zawadziła o Mikę, o jej narzeczeństwo i już przez cały prawie wieczór o niczem innem nie mówili. W rezultacie na przyszłe spotkanie umówili się u Miki, którą Lipczyński miał uprzedzić w szpitalu.

— Wybierzemy się we trójkę na przechadzkę, albo do jakiego ogrodu na muzyczkę i filiżankę kawy — zapowiedział.

Od tego dnia Murek zaczął coraz wcześniej wyjeżdżać od Czabanów. Wymawiał się od kolacji sennością lub pilnemi sprawami, które czekają go w Warszawie, i żegnał się. Po dniu wyczerpującej pracy i paru godzinach spędzonych w drażniącym nastroju jaki ogarniał go zawsze w obecności Tunki, wieczory z Lipczyńskim, z Miką i z Minasowiczem dawały spokój, wytchnienie.

Wkrótce jednak Lipczyński wyjechał na urlop, Minasowicz wybrał się kajakiem z wycieczką klubu wioślarskiego wdół Wisły. Została Mika, osamotniona tembardziej, że jej Tomek przebywał znowu u swego profesora w Czechosłowacji.