Zwykle nazywała go panem Frankiem. Ta zmiana i wygląd Miki zdziwiły Murka.
— Czy — zapytał — pani jest sama?... Może pan Kański?...
— Nie, nie — zaprzeczyła żywo. — Niech pan wejdzie.
Jej podniecenie nie zmniejszało się. Murek uśmiechnął się:
— Udało mi się kupić niebrzydki materjał w Gdańsku. Może przyda się pani. Uprzedzam, że kupowałem dla siebie, właściwie dla siebie. Krawiec jednak orzekł, że damski... Cóż z nim pocznę... Oto jest...
Podał jej paczkę, lecz Mika nawet nie zaprotestowała. Była tak czemś zajęta, że zdawała się nie rozumieć, co do niej mówił.
— Czy się stało coś złego? — zapytał już zaniepokojony.
— Nie... Bynajmniej... Tylko jest ktoś... Czeka na pana i pan musi zobaczyć się... Rozmówić... Może zawiele od pana żądam, ale... Odwołuję się do pańskiej dobroci, do miłosierdzia...
— O kim pani mówi?
— Jest tu... Nira.