— Kto? — prawie krzyknął.

— Nira Horzeńska. Przyjechała przedwczoraj...

Murek gwałtownie cofnął się do drzwi, lecz Mika wzięła go za rękę.

— Panie Franciszku! Błagam pana, niech pan nie odchodzi!

— Ja nie mam nic do powiedzenia tej... tej... pani — powiedział ochrypłym głosem.

— Panie Franciszku!

— Nie chcę jej widzieć, nie mogę! Jeżeli...

Już nacisnął klamkę, gdy drzwi od sypialni otworzyły się i weszła Nira. Umilkł i znieruchomiał. Wrażenie było zbyt silne. Stała tuż przed nim, wysoka i smukła, szczuplejsza, niż dawniej i piękniejsza, niż dawniej. W czarnej, prostej sukience z białym kołnierzykiem, bardzo blada... Włosy przyczesane gładko, jakiś kamienny spokój w twarzy i ta czarna sukienka, nadawały jej wygląd klasztorny. Gdyby nie silny zapach perfum, który bił od niej, sprawiałaby wrażenie właśnie zakonnicy.

— Proszę nie odchodzić — odezwała się cicho. — Z drugiego końca świata przyjechałam tylko po to, by ciebie... by pana zobaczyć.

— Niepotrzebnie pani to zrobiła! — wybuchnął. — My już sobie nic do powiedzenia nie mamy!