— Panie Franciszku! — wyciągnęła doń ręce Mika.

— Ty mi nie masz nic do powiedzenia — zbliżyła się doń Nira — ale miej trochę, odrobinę... litości. Ja ci, Franku, muszę wiele powiedzieć i tylko po to wróciłam.

— Jak zbrodniarz którego ciągnie na miejsce zbrodni! — zawołał pogardliwie.

— Tak! — przyznała. — Masz słuszność, Franku...

— Jak pani śmie nazywać mnie po imieniu! — krzyknął. — Jakiem prawem! Czy pani nie rozumie, że to bezczelność?...

— Rozumiem i przepraszam. Jeżeli tak pana nazwałam, stało się to mimowoli. Od wielu już miesięcy tak pana nazywałam w myśli. Przyzwyczaiłam się...

— A czy wie pani, jak ja przyzwyczaiłem się w myśli nazywać panią? — przerwał.

Przygryzła wargi i przymknęła powieki. Cierpienie wyraźnie odbiło się na jej twarzy. Murek jednak wyrzucił z siebie z pasją:

— Ladacznicą! Dziewką uliczną! Złodziejką! Suką!

— Boże, Boże! — jęknęła Mika.