Jedno po drugiem, z jego wykrzywionych ust padały słowa, wściekłe, okrutne, smagające, jak uderzenie kańczuga. Wreszcie wyrazy zaczęły się zlewać w jakiś nieartykułowany charkot i tylko pięści wniesione nad głową i wytrzeszczone nieprzytomnie oczy, miotały dalej jeszcze straszliwsze, jeszcze boleśniejsze obelgi.
Nira stała oparta o ścianę bez kropli krwi w twarzy, z rękami opuszczonemi, bez ruchu, jakby poddając się dobrowolnie temu biczowaniu.
Murek zatoczył się, opadł na krzesło, i oddychał spazmatycznie, jak człowiek, który się dusi.
Przerażona Mika trzęsła się i dygotała, poruszając bezgłośnie wargami. Długo nie mogła oprzytomnieć. Nagle porwała kapelusz i torebkę ze stolika, i mówiąc coś, czego ani Murek, ani Nira nie zrozumieli, wybiegła na schody.
Trzask zamykających się za nią drzwi, otrzeźwił Murka. Słaniając się, wstał i sięgnął po kapelusz.
— Zostań — szepnęła.
— Poco?
— Wysłuchaj mnie.
— Poco? — powtórzył.
— Nie oczekuję od ciebie przebaczenia. Niczem nie zasłużyłam na nie.