— Więc czego pani chce?
— Nie wiem. Nie rozumiem samej siebie. Skądże mogę wiedzieć, czego chcę? Może poprostu... spowiedzi, ale nie! Chcę ci powiedzieć, że dzisiaj wiem, że postąpiłam głupio i podle. Coś mnie zmuszało, by przyjść z tem do ciebie. Do ciebie, jedynego na całym świecie, wobec którego mam ten koszmarny dług. Zasypałeś mnie obelgami. A ja ci mówię, że ich pragnęłam, że nie zaznałabym spokoju, gdybym ich nie usłyszała...
— Pewno inni ludzie też ci ich nie żałowali — zaśmiał się pogardliwie.
— Inni?... Może. Ja musiałam je usłyszeć od ciebie. I jeżeli proszę cię o łaskę, jeżeli proszę, byś był wspaniałomyślny i został, to nie dlatego, że mam nadzieję dostać jałmużnę pobłażliwości, czy litości. Nawet nie marzyłam o tem. Zdawałam sobie sprawę, że obudzę w tobie tylko wstręt. I dobrze. Inaczej być nie mogło. Ale pomimo wszystko, pozwól mi mówić!
— Słucham — odpowiedział krótko.
Nira uchyliła drzwi do pokoju:
— Wejdźmy tam. Tak trudno mi stać.
Wzruszył ramionami, lecz wszedł za nią. Usiadła naprzeciw niego i po dłuższem milczeniu, powiedziała:
— Byłam nietylko zła, nietylko nikczemna, nietylko brudna: byłam szalona. Bo moje życie nauczyło mnie, że zło, i brud, i nikczemność są szaleństwem. Obłędem! Pragnęłam się nasycić, upoić się życiem, a życie rozumiałam tak, jak żarłoczne zwierzę. Nie wiedziałam, że mogę zapragnąć kiedyś powrotu, że w przeszłości znajdę coś, bodaj jedno źdźbło, za którem zatęsknię. To było obłąkanie!
Uśmiechnęła się smutno: