Za oknami zmierzch gęstniał i przechodził w ciemność. Murek stał przy oknie. Tu i ówdzie zapalały się światła. Słyszał za sobą kroki Niry, powolne, znużone. I jakieś szmery, szczęk zamków w walizce.

— Pakuje rzeczy — stwierdził w myśli.

Musiała to robić poomacku, bo nie zapaliła lampy. Nie poruszył się, z ulgą wsłuchując się w szelest pakowanych rzeczy.

— Odjeżdża — myślał.

Nie wiedział ile minęło czasu, gdy z ciemności odezwał się jej głos:

— Żegnaj, Franku.

— Żegnaj — odpowiedział cicho.

A potem skrzyp naciśniętej klamki, kroki w przedpokoju, lekkie trzaśnięcie drzwi i ledwie dosłyszalne stąpanie na schodach.

Nasłuchiwał jeszcze kilka minut. Wyciągnął rękę i zapalił światło. Ciężko opadł na fotel. Był wyczerpany, jak nigdy. Siedział, patrząc bezmyślnie przed siebie.

Biła dwunasta, gdy wróciła Mika. Taka subtelna i taka dobra. Nie pytała o nic, nie wspomniała o Nirze ani jednem słowem. Nieśmiało zajrzała do pokoju, uśmiechnęła się blado, stwierdziła wzrokiem brak walizek Niry i wyszła, by wkrótce przynieść Murkowi szklankę mocnej gorącej herbaty.