— W każdym razie będę wdzięczny, jeżeli pan dyrektor chociaż przyjmie tych państwa i osobiście odmówi im ulgi. Przynajmniej będą wiedzieli, że ja zrobiłem dla nich, co mogłem.
— Dobrze — skrzywił się Murek. — Przyjmę ich, ale niech zaczekają. Pierwszy raz spotykam się z podobną prośbą.
Gdy Czaban wyszedł, Sążeń wprowadził do gabinetu starszą panią w żałobie i wysokiego chudego młodzieńca o zapadniętych i niezdrowo błyszczących oczach. W pierwszej chwili Murek go nie poznał i obojętnym gestem wskazał dwa fotele przed biurkiem.
— Nazywam się Szułowska — zaczęła staruszka — a to jest mój syn, który wspominał mi, że ma zaszczyt znać osobiście pana dyrektora.
Murek zbladł i opuścił wzrok.
— Rzeczywiście, przypominam sobie — bąknął.
— Otóż syn mój od pewnego czasu zapadł na jakieś cierpienie, rodzaj silnej neurastenji, czy psychostenji. Wydałam niemal wszystkie swoje oszczędności na lekarzy i sanatorja, a niewielki mój folwark przynosi bardzo mało. Pan dyrektor rozumie, prawda, dzisiejsze konjunktury dla rolników są fatalne. Otóż ostatnio leczył syna dr. Sążeń, który obecnie jest szefem sanatorjum w Medanie. I on właśnie poradził nam Medanę. Ponieważ zaś metody leczenia doktora Sążnia skutkują lepiej widocznie, bardzo zależałoby mi na pozostawieniu syna właśnie pod jego opieką. Niestety moje środki absolutnie...
— Dobrze — przerwał Murek, z trudem opanowując uczucie jakiegoś zabobonnego lęku przed spojrzeniem Szułowskiego. — Dobrze. Ile państwo mogą płacić? Proszę się nie krępować. Z przyjemnością zrobię ten wyjątek. Zastrzegam się tylko przed ujawnieniem zniżki. Mielibyśmy wówczas moc kłopotów z innymi pacjentami.
— Ależ naturalnie, panie dyrektorze.
— Zatem ile?