— Ale na jakiej podstawie?
— Na mój wniosek. Nie mogłem nic robić. A przytem jakże śmiałbym pozostać w armji wiedząc, że moje władze umysłowe znajdują się w rozstroju? Nie byłoby to zgodne z poczuciem honoru i obowiązku.
Napróżno Murek długo jeszcze przekonywał Szułowskiego. Tegoż jeszcze dnia odbył konferencję z doktorem Sążniem i przekonał się, że lekarz również jest przeświadczony o normalności swego pacjenta. Tem usilniej zalecał mu Murek zwrócenie szczególniejszej uwagi na Szułowskiego, a przedewszystkiem wciągnięcie go do jakiejkolwiek pracy.
Niestety, Szułowskiemu nic nie pomagało. Natomiast jego obecność w Medanie zaczęła Murkowi dokuczać: wciąż go spotykał w parku, czy na ulicy, przyczem był narażony na zwierzenia nieszczęśliwca, który dzielił się z Murkiem swemi spostrzeżeniami nad postępem własnej choroby. Nadomiar złego, któregoś dnia spotkała go również Tunka i wróciła do domu przygnębiona. Murek wprawdzie nieprzejmował się jej nastrojami, irytowała go jednak świadomość, że Tunka wciąż myśli o Szułowskim.
Wreszcie zatelefonował do doktora Sążnia i powiedział:
— Jest tam u pana pacjent Szułowski. Otóż włóczy się on stale po całem uzdrowisku, co mi się nie podoba. Jeżeli jest chory, to powinien być zamknięty.
— Nie, panie dyrektorze — odpowiedział lekarz. — Wskazana jest dla niego jak największa swoboda.
— Ale ja sobie tego nie życzę! On mi wystrasza kuracjuszów swoją grobową miną i makabrycznym wyglądem. Zresztą tu nie może być dyskusji. Albo pan go zamknie, albo proszę go wypisać. Niech sobie jedzie, gdzie chce.
— Zamknąć nie mogę. Byłoby to świadome szkodzenie zdrowiu pacjenta. Wobec tego wyślę zawiadomienie do jego matki. Tylko doprawdy nie wiem, jakie podać motywy...
Murek oburzył się: