— To było do przewidzenia. Ale rzucił ją w stanie... Ona spodziewa się dziecka.

— A, bydlę! — wyrwało się Murkowi.

— Jest źle, jest bardzo źle. Dowiedziałem się o tem zupełnie przypadkowo. Wszyscy w ostatnich czasach dostrzegaliśmy, że zmizerniała, a nawet zbrzydła. Ponieważ nie było tajemnicą, że narzeczony z nią zerwał i wyjechał, przypisywaliśmy wszystko przeżyciom w związku z tem zerwaniem. Pewnego dnia zemdlała podczas swego dyżuru w szpitalu. Ordynator, który zaczął ją cucić, ze zdumieniem stwierdził ciążę.

— Psiakrew! — zaklął Murek.

— Mało tego — ciągnął chirurg. — Szpital jest pod opieką zakonnic, a dwie z nich były obecne przy cuceniu Miki. Wiadomość rozeszła się szybko i zwolniono ją natychmiast. Wprawdzie i tak nie mogałby teraz pracować, ale to zamyka jej drogę na przyszłość. Zrobiłem, co mogłem, a nawet mniej, niż mogłem, bo to biedactwo nie chce przyjąć żadnej pomocy. Wogóle nie chce nikogo widywać. Zamknęła się u siebie. Ledwie dała się uprosić, by przyjęła wizytę ginekologa.

Lipczyński westchnął i dodał:

— A ginekolog mówił mi właśnie wczoraj, że nie ma najmniejszej nadziei na pomyślny poród.

— To znaczy?...

— Daj Boże, by dało się utrzymać przy życiu matkę.

Murek siedział przez dłuższą chwilę w milczeniu. Nagle wstał i bez słowa wyciągnął do Lipczyńskiego rękę. On nie odezwał się również i tylko w przedpokoju jeszcze raz mocno uścisnął dłoń Murka.