O co chodziło?... O uratowanie życia Mice. Poród miał odbyć się za sześć tygodni. Jeżeli w ciągu tego czasu jej nerwy pod wpływem nowych perspektyw życiowych dojdą do równowagi, poprawi się stan jej zdrowia i poród przejdzie bezpiecznie. Wtedy można będzie znaleźć jakiś przekonywujący pretekst do zerwania zaręczyn. Zaręczyny to jeszcze nie ślub. A dziecko adoptuje w każdym razie.
— Nowe oszustwo — mignęła mu w głowie refleksja. — Czyż ja nawet przy dobrych uczynkach muszę już zawsze popełniać oszustwa?... A jednak to konieczne. Ożenić się z nią nie mogę i dlatego, że kiedyś przecie moja przeszłość może wyjść najaw. A dla niej byłaby to nowa tragedja.
Z tak ułożonym planem, z pierścionkiem i z bukietem kwiatów zadzwonił nazajutrz wieczorem do mieszkania Miki.
Odrazu poznał, że musiała już słyszeć o wszystkiem od pani Lipczyńskiej. Była śmiertelnie blada, patrzyła nań szeroko otwartemi, jakby przerażonemi oczyma, dygotała tak, że nie mogła wydobyć z krtani ani słowa.
Usiadł przed nią i powiedział:
— Przyniosłem pani te kwiaty, bo jeżeli pani zechce przyjąć przychylnie moją prośbę, dziś będzie wspólna uroczystość. Nasze zaręczyny. Oto właśnie... Nie wiem, czy pani się podoba...
Z dziwnym trudem wymuszał na sobie wyraz po wyrazie. Niezręcznie odłożył zawinięty w bibułkę bukiet na stojące obok krzesło i wydobył z kieszeni pierścionek z brylancikiem i z dwiema niedużemi perłami. Niezgrabnie wziął jej bezwładną rękę, wsunął pierścionek na serdeczny palec (— Zaluźny — stwierdził w myśli), pocałował w rękę i bezradnie chrząknął. Bał się podnieść oczy i spotkać jej wzrok, by w jego spojrzeniu nie odczytała kłamstwa.
Mika jednak siedziała nieruchoma, z zamkniętemi powiekami i tylko nierówny, spazmatyczny oddech, który poruszał jej wątłemi piersiami, świadczył jak silne, jak głębokie przeżywa wzruszenie. Pomału podniosła powieki, spojrzała na błyszczący na ręku pierścionek i wybuchnęła łkaniem.
Napróżno starał się ją uspokoić, napróżno głaskał po włosach, napróżno przytulał. Dygotała w jego ramionach, jej ręce oplotły go kurczowo, a wśród szlochu wyrywały się z jej ust zniekształcone słowa, które z trudem rozumiał:
— Boże... Szczęście... Franku... Za co?... Jakiś ty nieludzko dobry... Nie jestem warta... Franku...