— Nie, nie! Nonsens! — przekonywał siebie.
Gdy jednak wieczorem znalazł się u Miki, gdy patrzył na jej wychudłą twarz, na bezkrwiste wargi, na bolesny uśmiech niebieskich oczu, ściskało mu się serce i mimowoli raz po raz wracał do niedorzecznej koncepcji.
W dwa dni potem spotkał u Miki panią Lipczyńską i doktora Boruckiego, ginekologa, który wstąpił tu zarówno jako lekarz, jak i po przyjaźni. Wyszli razem. Borucki bez ogródek powiedział im, że stan Miki bardzo mu się nie podoba. Poród może być katastrofą zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Szukać ratunku jego zdaniem należało tylko w doprowadzeniu psychiki pacjentki do jakiegoś, bodaj względnego spokoju, do równowagi.
— Brak snu, apetytu, migrena, nerwica żołądka — mówił, — wszystko to wycieńcza jej organizm i staje się coraz groźniejsze. A wszystko ma źródło w stanie jej nerwów. No, nie dziwię się. Ale gdybym dostał w ręce tamtego łobuza... Do stu djabłów!
Zatrzymał się, wybałuszył oczy i potrząsnął wielkiemi pięściami. Gdy już siedzieli w tramwaju, westchnął:
— Zresztą, może to i lepiej... Ciężki jest w naszem społeczeństwie los nieślubnej matki i nieślubnego dziecka...
Murek odprowadził panią Lipczyńską do domu. Nie rozmawiali ze sobą po drodze. Przy pożegnaniu też nie odezwała się ani słowem. Przy świetle latarni dostrzegł tylko, że w oczach miała łzy.
— Proszę pani — powiedział prędko, nie patrząc na nią, — pani jutro rano będzie u niej. Niech pani jej zakomunikuje, że... że przyjdę wieczorem. I że chcę ją prosić o rękę... Tak... A dziecko w każdym razie uznam za swoje... To wszystko.
Uchylił kapelusza i, nie czekając na odpowiedź, szybko poszedł spowrotem.
O, bynajmniej nie pod wpływem impulsu, nie pod naciskiem nagłego wzruszenia powziął tę decyzję. Przemyślał ją gruntownie i, jeżeli nie całkiem na zimno, to w każdym razie rzeczowo.