Z sypialni dobiegały przyciszone głosy, tupot kroków i jęki. W łazience trzeszczało pod butami szkło rozbitego wazonu, plusk wody mieszał się z warczeniem gazowego palnika.

Murek siedział jak odrętwiały. Nie wiedział, ile minęło czasu. Otrzeźwił go nagle ostry, rozpaczliwy krzyk, krzyk niesamowity, długi, przeszywający.

Instynktownie zerwał się z krzesła i podbiegł do drzwi, lecz zatrzymał się przed niemi. Zmieszany tupot nóg i urywane słowa, jeszcze kilka minut i drzwi otworzyły się. Z poduszką w ręku weszła szybko owa starsza kobieta. Na poduszce leżało małe, czerwone ciałko, jakby odarte ze skóry, sinawe i nieruchome. Czyjś rozkazujący głos zawołał:

— Sztuczne oddychanie, rozdąć płuca!

Kobieta położyła poduszkę na stole i pochyliła się nad nią. Po dłuższym czasie odezwała się zdyszanym głosem:

— Żyje... Czy to pan jest ojcem?... Pański synek żyje...

— Żyje — głucho powtórzył Murek, lecz nie mógł zmusić się do rzucenia okiem na poduszkę.

Z sypialni wyszedł Lipczyński. Włosy miał w nieładzie, czoło spocone.

— Co z dzieckiem? — zapytał.

— Żyje.