— Owinąć i grzejniki. W łazience są płaskie butelki — mówił z trudem i zwrócił się do Murka: — Księdza trzeba. Zaraz. Czy pan nie wie, gdzie tu najbliżej?...

— Nie wiem — odpowiedział Murek.

— Dowiem się od dozorcy — kiwnął głową chirurg i wybiegł z mieszkania.

Zegar wskazywał trzecią, gdy Lipczyński wrócił z księdzem. Z łazienki dolatywał urywany, piskliwy płacz niemowlęcia. W powietrzu pachniało lekarstwami. Z sypialni wyszli wszyscy, zostawiając chorą z księdzem. Pani Lipczyńska mówiła coś doktorowi Boruckiemu, a on tylko przecząco potrząsał głową. Z dołu przyszła dozorczyni i przyniosła gromnicę. Okazało się, że niepotrzebnie, bo towarzyszący księdzu kościelny był równie przewidujący.

— Czy niema ratunku? — zapytał Lipczyńskiego Murek.

— Bóg czasem robi cuda — odpowiedział chirurg.

Po chwili ksiądz wyszedł, rozejrzał się i zapytał:

— Czy jest tu pan Murek?

— Jestem.

— Pan jest narzeczonym?