— Tak.
— Umierająca, której przed chwilą udzieliłem Najświętszego Sakramentu, ma nadzieję, że nie odmówi pan jej prośbie. Chce przed śmiercią połączyć się z panem węzłem małżeńskim. Nie chodzi jej, rzecz zrozumiała, o siebie, lecz o przyszłość dziecka.
Zapanowało milczenie. Murek powiódł po obecnych nieprzytomnym wzrokiem.
— Jeżeli pan zgadza się — dodał ksiądz — to mogę ślubu udzielić zaraz, bez formalności. In articulo mortis. Tylko świadkowie muszą mnie zapewnić, że żadnych przeszkód niema.
Znowu zaległo milczenie. Murek czuł na sobie wzrok wszystkich, oczekujących jego decyzji.
— Zgadzam się — powiedział ochrypłym głosem.
Na łóżku blada, niemal przezroczysta, z zamkniętemi oczami Mika wyglądała jak nieżywa. Jej jasne włosy w tem przyćmionem świetle przypominały aureolę świętych ze starych, wypłowiałych obrazów. Uniosła powieki, gdy Murek ucałował ją w rękę i szepnęła:
— Niech ci tę dobroć Bóg nagrodzi...
Stanęli półkolem. Ktoś podniósł z podłogi w łazience kwiaty i przyniósł je, by położyć na kołdrze. Były to kremowe róże. Niektóre zgnieciono i zdeptano podczas krzątaniny. I gromnice przydały się. Na stoliku przykrytym białą serwetką ustawiono je po obu stronach małego czarnego krucyfiksu. Żółte płomyki paliły się jasno.
Ksiądz dał znak ręką, wskazując Murkowi miejsce przy wezgłowiu i zaczął swoje obrzędowe modlitwy. Nie miał książeczki i mówił je z pamięci. Lecz, czy pamięć go zawodziła, czy wzruszenie pomieszało łacińskie słowa, modlitwa urywała się raz po raz, a kościelny w każdej pauzie na wszelki wypadek dopowiadał „amen”.