Pod drzwiami skulona na klęczkach szlochała pani Lipczyńska.

Murek czuł na dłoni lekki uścisk drobnej ręki Miki. Była zupełnie przytomna i nikły uśmiech nie schodził z jej twarzy. Teraz powtarzali za księdzem sakramentalne słowa:

— ...biorę sobie ciebie za małżonkę...

I dalej. Usta Miki ledwie się poruszały, lecz taka była cisza w pokoju, że i ten ledwie dosłyszalny szept wszyscy słyszeli.

Przy słowach: „i że nie opuszczę cię aż do śmierci”, — skonała. Nieco wyżej uniosły się piersi w oddechu i głowa bezwładnie osunęła się nabok. Tylko koło ust pozostał ten sam pogodny uśmiech.

Wszyscy poklękali i tylko ksiądz odwrócił się od nich: kończył obrzęd ślubu, biorąc obecnych na świadków wobec Boga i ludzi, że tych dwoje połączył sakramentem małżeństwa.

Rozdział VI

Tymczasem dziecko zabrali doktorostwo Lipczyńscy. Oni też zajęli się sprawami związanemi z pogrzebem i zawiadomieniem rodziny zmarłej. Jakieś formalności i święta spowodowały, że pogrzeb wyznaczono dopiero na piąty dzień po śmierci.

Murek przez te kilka dni nie pokazał się w Warszawie. Wstrząs, jaki przeżył, doprowadził go niemal do otępienia. Tunka była przerażona, Czabanowa błagała go, by powiedział jej, co się stało, Czaban namawiał na lekarzy. Przyprowadził nawet doktora Sążnia, lecz Murek wogóle nie chciał go widzieć.

— Ależ, chłopie — załamywał ręce Czaban, — oprzytomnij. Nam tu ziemia pali się pod nogami! Nie chcę się wtrącać, co cię tak przygniotło, ale miałeś wydobyć forsę!