— Dobrze, dobrze — zbywał go Murek. — Daj mi teraz spokój.
Po kilku dniach niespodziewanie wyjechał do Warszawy. Rodzina Czabanów, dowiedziawszy się o tem, orzekła, że to dobry znak. Tymczasem Murek pojechał na pogrzeb. Na cmentarzu ściskał ręce brata Miki i bratowej, a także wielu dalszych krewnych, których nie znał. Nikt z nich nie wiedział o istnieniu Tomasza Kańskiego i dlatego w Murku widzieli winowajcę śmierci Miki. Kilka osób posunęło się nawet do wypowiedzenia ostrych uwag.
I to właśnie trochę otrzeźwiło Murka. Nie protestował i ani myślał bronić się, czy usprawiedliwiać. Czuł jakąś niewytłumaczalną przyjemność w znoszeniu tych niezasłużonych oskarżeń.
Przy mogile został długo. Wszyscy już się rozeszli i sprawiła mu ulgę ta samotność. Okazało się jednak, że dr. Lipczyński czekał nań przy bramie. Długi czas szli obok w milczeniu.
— Jak się Warszawa rozbudowuje — zaczął wreszcie chirurg. — Patrz pan, co za kamienica! Przed rokiem był tu, o ile się nie mylę, nędzny zakład kamieniarski, czy może ogród warzywny...
— Czy dziecko jest zdrowe? — przerwał Murek.
— Zupełnie zdrowe. Przedwczoraj była obawa, że nie wytrzyma. Ochrzciliśmy je wobec tego. Daliśmy mu pańskie imię. Nic pan nie ma przeciw temu?
— Nie! Zabiorę je do siebie.
— Żona się zmartwi. Zakochała się w maleństwie. Ale będzie przecie mogła je odwiedzać.
— Wyjeżdżam — sucho odpowiedział Murek. — Wyjeżdżam na długo i daleko.