— O, szkoda. Polubiliśmy pana, panie Franciszku, szczerze. Ale trudno. Szkoda tylko, że już pan chce jechać, bo widzi pan... Istnieją pewne możliwości. Nie zawracałbym panu w takiej chwili tem głowy, ale skoro pan zamierza wyjechać... Wspomniałem panu niedawno o tym ministrze, którego leczę...
— Owszem, pamiętam. Uczył się pilotażu i spadł.
— Właśnie. Odwiedzają go różni dygnitarze i tak jakoś zgadało się, proszę nie brać mi tego za złe, zgadało się o panu...
— O mnie? — zdziwił się Murek.
— I wyobraź pan sobie, że jeden z nich, jak się okazało, zna pańską sprawę.
— Ale jaką sprawę? — zaniepokoił się Murek.
— No, sprawę zredukowania pana. Miał w ręku pańskie podanie o rehabilitację złożone na imię Prezydenta Rzeczypospolitej.
Murek machnął ręką:
— Ach, to?... Dawne dzieje.
— Otóż, przycisnąłem go i obiecał solennie, że sprawdzi, jak się rzecz przedstawia i da mi znać. Jeżeli zatem mógłby pan poczekać z wyjazdem... kilka dni. Tembardziej, że i dziecko wolałbym jeszcze jakiś czas mieć na oku. Takie, przed terminem urodzone dzieci wymagają szczególnie pieczołowitej opieki. Pan zaś, jako samotny, musiałby powierzyć opiekę osobom obcym.