— Należy być przygotowanym na wszystko — mówił w godzinę później Czabanowi Murek. — Owym gościem, co ma przywieźć pieniądze, może być wywiadowca policyjny.

To też nazajutrz zachowano wszelkie środki ostrożności. Obawy jednak okazały się zbędne. Kiner przyjechał punktualnie z jakimś drabem, wyglądającym bardziej na tragarza w niedzielnem ubraniu niż na funkcjonarjusza dyplomatycznego. W kwadrans rzecz była załatwiona i Murek, ściskając w ręku paczkę banknotów, widział przez okno odjeżdżającą czarną limuzynę.

Do pokoju wszedł Czaban.

— Załatwione? — zapytał niespokojnie.

— Przelicz — podał mu pieniądze Murek.

Obojętnie przyglądał się Czabanowi i plikom banknotów. Zrodziła się w nim dziwna potrzeba ostudzenia radości Czabana.

— Czy wiesz, cośmy zrobili? — odezwał się.

— Jakto co?

— To się nazywa zdradą państwa. Pomyśl: z tych armatek będą strzelać do naszych żołnierzy. Kto wie, ile trupów naprodukowaliśmy przez tę tranzakcję?...

Czaban wzruszył ramionami i burknął z wyraźnem niezadowoleniem: