— Dajże spokój. Trudno. Stało się. Nie było innego sposobu.

— Słuchaj teraz — wziął go za rękę Murek. — Czy ty naprawdę wierzysz, że nie można być uczciwym człowiekiem?

— Do djabła z filozofowaniem...

— Nie, ale odpowiedz!

Czaban zamyślił się:

— Zapewne, można. Ale najlepiej nie zastanawiać się nad podobnemi rzeczami. — Żyć, jak idzie, i koniec. Poco sobie psuć nerwy?... No, zabieraj się, jedziemy teraz gadać z Szubińskim o elektrowni. Idjota myśli, że nie mamy pieniędzy. Ładnie ich urządzimy, co?... Mówię ci, żeśmy się dobrali w korcu maku, a?...

— Rzeczywiście, takich dwóch łajdaków nie łatwo znaleźć!...

— Stulże gębę. Co cię ugryzło! Zawsze musi psuć mi humor. Chodźmy.

Do wieczora załatwiali interesy w Warszawie. Czaban, poczuwszy w rękach pieniądze, odzyskał cały swój dawniejszy rozpęd, cały spryt i temperament, a nawet szczęście, bo udało się im przeprowadzić kilka nader korzystnych umów.

— To jest prawdziwy skarb takie usposobienie — myślał Murek, przyglądając się teściowi. — On rzeczywiście z największego błota umie wyjść sucho. Przynajmniej nie widzi błota na sobie.