— Powiedz, powiedz szczerze... Czy to... twój syn?...
Wpatrywała się w jego oczy niemal błagalnie. Murek opuścił głowę i odpowiedział również cicho:
— Nie mój. Niestety, nie mój...
Rozdział VII
Letni sezon w Medanie dał świetne rezultaty. Pokoje zamawiano na miesiąc naprzód. W wielkiej sali Kasyna po dwanaście godzin na dobę czynne były rulety. Co wieczór odbywał się bal, co wieczór lał się szampan, park rozbrzmiewał głośnym śmiechem i cichemi szeptami, wśród gałęzi aż do świtu jarzyły się kolorowe latarki, kilka orkiestr grało nieustannie. Noce były krótkie, na sen nikt tu nie miał czasu. Od wczesnego ranka w wielkich basenach z morską i zwykłą wodą roiło się od barwnych kostjumów kąpielowych, na tenisowych kortach migały białe postacie, w alejach rozlegał się tętent wierzchowców, w zakładach wód alkalicznych tłoczyli się kuracjusze, tarasy zastawione leżakami służyły zwolennikom opalenizny, w salach bilardowych klaskały kule, w pokojach bridżowych zasiadano do kart, a przy lunchu już znowu grały orkiestry, a po lunchu na dużych owalnych stołach zaczynały wirować rulety.
Całe lato w Medanie było jednem nieustającem świętem beztroskiej zabawy, komfortowego wypoczynku, emocjonującej rozrywki. Za wszystko wprawdzie trzeba było płacić i to słono, ale któż o tem chciał myśleć! Kuracjusze zdobywali zdrowie, lub przynajmniej przeświadczenie, że czują się lepiej, gracze zaspokajali swój głód hazardu, młodzież — namiętność do sportu i tańca, smakosze żołądki, sybaryci rozkoszowali się wygodami, snoby swoją obecnością wśród możnych tego świata i błogiem uczuciem wyższości, z jakiem będą później opowiadać znajomym, że lato spędzili w Medanie. A spędzić lato w Medanie znaczyło tyle, co zdobycie pewnej pozycji towarzyskiej. Czyż za to nie warto było płacić?... Tembardziej, że do reklamy wystarczały dwa lub trzy tygodnie pobytu w tem luksusowem uzdrowisku. Któż będzie kontrolował resztę wakacyj opędzonych taniutko w Zielonce, czy w Kaczym Dole?...
Więc płynęły pieniądze rzeką. W masywnych kasach pancernych w podziemiach Kasyna piętrzyły się paczki banknotów, akcjonarjusze zacierali ręce, Czaban promieniał i gdy sam na sam zostawał z zięciem, skakał i śmiał się, jak dziecko.
— Rozruszajże się, stary djable! — oklepywał go ze wszystkich stron zachęcająco. — Przecie nawet nie marzyliśmy o takiem powodzeniu! Co ci jest?! A?!
— Zmęczony jestem — mówił Murek i mówił prawdę. Pracował jak wół. Pierwszy wstawał, ostatni kładł się. On jeden bodaj w całej Medanie nie użył ani godziny na zabawę. Napróżno Czaban przekonywał go, że to przesada, że olbrzymi aparat administracyjny został już wyregulowany do ostatniej śrubki i działałby sprawnie nawet bez kierownictwa.
Murek tylko wzruszał ramionami i tem zawzięciej zabierał się do roboty. Gdy w nocy wracał do domu, był już tak wyczerpany, że nie mógł o niczem myśleć. Automatycznie rozbierał się i zasypiał kamiennym snem, by nazajutrz zerwać się jaknajwcześniej i pędzić do biura. Tam przy czytaniu korespondencji jadł śniadanie. I na obiad rzadko wracał do domu, tłumacząc się przed Tunką brakiem czasu na bawienie gości.