— Za to nie ręczę. Nie lubię pisać. Proszę, nie bierzcie mi tego za złe. Ale, jeżeli przyjadę, napewno u was będę.
W pięć minut później siedział już w taksówce z poduszką na kolanach. Dziecko na szczęście, nakarmione na drogę, spało. Przyglądał się mu z żalem może, że oto kończy budowę swego życia i że nie jest w stanie wzbudzić w sobie ani cienia radości.
Zatrzymał taksówkę na rogu Skolimowskiej. Należało być ostrożnym do końca i nie dopuścić do rozmowy taksówkarza z szoferem, który napewno zainteresowałby się, skąd pan dyrektor Klemm wziął to niemowlę.
Przed obiadem byli już w Medanie. Tunka wybiegła do samochodu, z wypiekami na twarzy wzięła dziecko na ręce i śmiała się dziwnym podnieconym śmiechem, jakiego Murek u niej dotychczas nie znał. Zaalarmowani telefonicznie przybiegli Czabanowie, ich służba, Żołnasiewicz, jeszcze kilka pań, żon wyższych urzędników. Tunka wszystkim demonstrowała z zachwytem swój nabytek:
— No, patrzcie! Jakie on ma cudowne oczy! Jaki on śliczny!
Panowie grzecznie pomrukiwali, nie bardzo orjentując się w powodach, dla których to robią, natomiast wszystkie panie entuzjazmowały się głośno.
Natychmiast podniesiono rwetes z instalowaniem nowego członka rodziny w domu. Wybrano odpowiedni pokój. Telefonowano po mamkę, wysyłano specjalnego gońca po łóżeczko i wózek.
Murek, który przygotowany był jeszcze na rozmowę z Tunką i chciał od niej usłyszeć w cztery oczy, czy naprawdę dziecko jej się podoba i czy zgadza się na nie, szukał jej po całem mieszkaniu. Gdy wszedł do sypialni, klęczała przy łóżku, na którem już rozpakowany leżał chłopak.
Podniosła głowę i wtedy zobaczył, że płacze. Wyszedł, nie pytając o nic.
Późnym wieczorem przyszła do jego pokoju. Wzięła jego rękę i zapytała cicho: