— A kiedy będę mogła zobaczyć to dziecko?
— Jeżeli sobie życzysz, choćby jutro.
— Doskonale. O której pojedziemy? — ożywiła się Tunka, lecz Murek zapowiedział tonem bezapelacyjnym, że sam dziecko przywiezie.
Nie mógł przecie dopuścić do zetknięcia się Tunki z Lipczyńskimi.
Nazajutrz, przyjechawszy do Warszawy, zostawił samochód na Skolimowskiej, poczem taksówką pojechał do doktorostwa Lipczyńskich. Musiał użyć wielu wymówek, by wykręcić się od towarzystwa doktorowej, która gwałtem chciała osobiście przekazać malca nowej opiekunce, choćby przyszło jechać aż na Podlasie, do majątku Zasławskich, gdzie, jak powiedział Murek, tymczasowo zamieszka z dzieckiem i z wykwalifikowaną nurse. Musiał też wielokrotnie zapewnić oboje o kwalifikacjach tej nurse, by uwolnić się już od wybranej przez Lipczyńską kandydatki.
— Więc teraz prędko pana nie zobaczymy? — serdecznie ściskał dłoń Murka chirurg. — Szkoda, że ci Zasławscy znowu pana zabierają z Warszawy.
— Ja nie żałuję. Sam o to prosiłem.
— A niech pan, panie Franku — upominała doktorowa — nie zgubi kartki, na której wypisałam wszystko, co trzeba. Leży w walizce na samym wierzchu.
— Nie zgubię napewno — uspokoił ją.
— I niech pan napisze.