— Jeżeli dobrze mi życzycie, — odpowiadał — Proszę o jedno: Zostawcie mnie w spokoju.

Jednak nie chcieli. Widocznie uradzili, że trzeba go rozerwać, że trzeba obudzić w nim jakiekolwiek zainteresowanie. Przychodził Czaban i gadał i gadał bez końca o projektach reform w Medanie, przychodziła Tunka i mówiła o dziecku, a czasem przynosiła małego, by zademonstrować jego wygląd, bezzębne uśmiechy i niezaradne ruchy tłustych łapek.

Przyglądał się im wszystkim z obojętnem zdziwieniem, słuchał z wzrastającą niechęcią, prawie z obrzydzeniem. Cóż go oni, cóż go te sprawy mogły obchodzić? Gdy uświadomił sobie, że tak przecie zbudował swoje życie, że już na zawsze będzie tkwił tutaj, wśród obcych ludzi, wśród obcych spraw, zaczął w nim rodzić się bunt. Zaczęła w nim rosnąć nienawiść, tem gorsza, że nie miał za co ich nienawidzieć, że całkowitą odpowiedzialność musiał wziąć na siebie, że to on przemocą wdarł się w to obce, nieznośne życie, że w niczem ich nie może winić, żadnym zarzutem ich obarczyć... A czuł, że oni widzą w jego spojrzeniach nienawiść i że nie dziś, to jutro, padnie pytanie:

— Czego od nas chcesz?... Czego ci braknie?... Cośmy ci złego zrobili?

Jakże odpowiedziałby im na to: — Moja wina, nie wasza! Nie mam prawa mieć do was nawet urazy. Tylko znieść już dzisiaj nie mogę tego życia wśród was, tej obcej kobiety, tego cudzego dziecka, tych pieniędzy, robionych bez celu.

Jakżeby odpowiedział: — Braknie mi treści i potrzeby życia, braknie sensu tej wegetacji. Zębami i pazurami utorowałem sobie drogę, popełniałem zbrodnię za zbrodnią, by osiągnąć to, co dzisiaj mnie mierzi i dusi. Moja wina, mój błąd. Nie wiedziałem, że tak żyć nie potrafię. Omyliłem się, ale czyż za tę omyłkę muszę cierpieć do śmierci?

I wtedy to, pewnej nocy zaczęło w nim konkretyzować się postanowienie:

— Uciec!

Uciec, rzucić to wszystko, zacząć życie od nowa.

Decyzja zelektryzowała go, obudziła w nim energję. Umysł zaczął żywiej pracować.