Nazajutrz wstał wczesnym rankiem, ogolił się, wziął kąpiel, z apetytem zjadł śniadanie i poszedł do biura. Jego zjawienie się wywołało popłoch wśród urzędników. Nie nadarmo miał opinję surowego, bezwzględnego i nie zawsze sprawiedliwego zwierzchnika. Wiedzieli, że jest ciężko chory i jego przyjście stało się przykrą niespodzianką. Nie jeden i nie jedna drżeli na myśl, że za chwilę usłyszy wezwanie do pana dyrektora, i że wówczas wyjdą najaw zaległości i zapuszczenia w powierzonej pracy.

Drzwi gabinetu wszakże nie otwierały się. Dyrektor Klemm kazał sobie przedstawić tylko stan kasy i kont bankowych, zażądał połączeń telefonicznych z kilkoma finansistami w Warszawie, i chociaż panna Pączkowska, telefonistka z centrali, podsłuchiwała, dowiedziała się niewiele. Tyle tylko, że pan dyrektor umówił się z jednym na dziś o trzeciej, z dwoma innymi na jutro. O prawdziwości jej informacji świadczyło to, że przed trzecią zajechała przed biuro wielka limuzyna, i dyrektor odjechał w stronę Warszawy.

Murek istotnie tam jechał. Po przebyciu kilkunastu kilometrów wspaniałej medańskiej autostrady, wóz skręcił na otwocką szosę, która zbliżyła się do Wisły i towarzyszyła już jej do samego miasta. Białe, zaśnieżone brzegi, szeroka wstęga rzeki, i dość gęsto płynąca pierwsza kra.

Miał już cały plan gotowy. Plan przekreślenia dotychczasowego swego życia radykalnie, raz na zawsze.

Zwykły wyjazd, zwykła ucieczka nie rozwiązałaby mu rąk, nie powstrzymałaby takiego człowieka, jak Czaban, od poszukiwań. A i policja na własną rękę zainteresowałaby się zniknięciem dyrektora Medany. Dr. Klemm był już zbyt wybitną osobistością, by zaprzestano wysiłków, zanimby go nie odnaleziono.

Trzeba było zrobić inaczej, trzeba było uzyskać zupełną swobodę. Na to zaś najlepszym sposobem było zainscenizowanie samobójstwa.

Pewnego pięknego dnia zniknie dyrektor Klemm, ale na brzegu Wisły znajdą jego rzeczy i ślady. Nie znajdą wprawdzie zwłok, ale iluż to trupów Wisła nie wyrzuca. Dr. Klemm przestanie istnieć, Tunka ponosi żałobę, całość interesów przejmie Czaban. Nikomu do głowy nie przyjdzie, że gdzieś, daleko, żyje człowiek, który kiedyś nosił to nazwisko, fałszywe nazwisko, przywłaszczone, oblepione błotem i brudem, i krwią, i podłością, że żyje Franciszek Murek, który zrzucił je, jak ohydną skorupę, by zacząć nowe życie, by szukać innego szczęścia.

Plan był prosty. Tegoż jeszcze dnia Murek złożył podanie o paszport zagraniczny na swoje prawdziwe nazwisko. Dzięki poparciu pana wiceministra Gąsowskiego miał otrzymać ten dokument już nazajutrz. Jednocześnie podjął starania dokoła zastawienia swoich medańskich akcyj. Chodziło o uzyskanie większej kwoty w sposób dyskretny. Nie przedstawiało to zresztą poważniejszych trudności. W umowach zastawniczych umieścił zastrzeżenie, dające możność Czabanowi wykupienia akcyj, jeżeli zechce. Zastawił zresztą nie wszystkie. Zamierzał wziąć z sobą zaledwie kilkadziesiąt tysięcy, by na początek, zanim znajdzie na obczyźnie jakąś pracę, mieć z czego żyć. Znacznie więcej przeznaczył na inną sprawę i gdy miał już potrzebną sumę w kieszeni, zgłosił się do Lipczyńskiego.

Po serdecznych powitaniach powiedział:

— Ja do pana właściwie w interesie, a raczej z prośbą.