— Słucham pana, panie Franciszku.

— Otóż, zacznę od tego, że nie znam nikogo, do kogo mógłbym mieć większe zaufanie niż do pana.

— Bardzo panu dziękuję...

— Niech pan nie dziękuje. To zaufanie obarczy pana mnóstwem kłopotów. Ponieważ jednak znam pana, ośmielam się mieć nadzieję, że weźmie je pan na siebie. Jest to czyn dobry, który ma chociaż w części naprawić wielkie zło, popełnione przez kogoś innego. Ten ktoś, mniejsza o to jak się nazywa, już nie żyje. Przed śmiercią błagał mnie, bym się tem zajął i uzyskał moje przyrzeczenie. Niestety, nie mogę go spełnić. Widzi pan, mam już zagraniczny paszport w kieszeni i wyjeżdżam. Prawdopodobnie nazawsze. Są względy, dla których postanowienie to jest nieodwołalne.

Lipczyński uśmiechnął się:

— Pozwoli mi pan na popis domyślności?... I na małą niedyskrecję?...

Murek spojrzał nań z obawą, lecz Lipczyński przymrużył oko i powiedział:

— Szukajmy w tem kobiety!

— Możliwe — uśmiechnął się Murek.

— Zatem życzę szczęścia i winszuję. Ale cóż to za legat, który pan mi zostawia?