— Cha... cha... sądzę! Ale jeszcze się kiedyś dorobimy. Prawda? Młodzi jesteśmy. Ale wie pan... Zabawne. Tylko niech mi pan tego nie weźmie za złe.. Gdy pan zaczął mówić zdawało mi się przez chwilę, że... Proszę mi wybaczyć...

— Że to ja sprzedałem tę dziewczynę? — usiłując uśmiechnąć się, odpowiedział Murek.

— No, nie! Ale, że to pan chce ją wydobyć. I gdyby nie ta góra dolarów... No, to najlepsze pańskie alibi.

— Jeszcze jedno. Cokolwiekby się stało, jakikolwiek byłby rezultat poszukiwań, proszę pana o niewymienianie nikomu mego nazwiska. Czy mogę na to liczyć?... Mam poważne powody...

— Może pan być pewny. Nawet żonie nie wspomnę, że to pan powierzył mi tę sprawę.

Tegoż dnia Murek przygotował wszystkie listy: do żony, do Czabana i do policji. Dwa pierwsze donosiły, że zauważył u siebie objawy poważnej choroby umysłowej i dlatego postanowił odebrać sobie życie. Nadto w liście do Czabana wspomniał mimochodem, że na pewnej operacji finansowej stracił grubszą sumę, wskutek czego zmuszony był u tych i tych osób zastawić swoje akcje z zastrzeżeniem pierwszeństwa dla Czabana. Listy te włożył do głównej szuflady swego biurka. List do policji umieścił w kieszeni futra. Zawierał on krótkie oświadczenie, że popełnia samobójstwo i prosi nie winić z tego powodu nikogo.

Nazajutrz po obiedzie wyjechał samochodem do Warszawy. Załatwił dwie wizy, w biurze podróży kupił bilet na nocny pociąg do Wiednia i sleeping. Wstąpił do sklepu gotowych ubrań i nabył tam jesionkę, którą ku niejakiemu zdumieniu subjektów włożył na siebie pod futro. Wprawdzie mróz był duży i ostra zadymka na dworze, ale to nie usprawiedliwiało podobnego dziwactwa.

— Nie lubię nosić paczek — wyjaśnił Murek.

Zapadł zmierzch, lecz należało zaczekać na zupełną ciemność. O ósmej wrócił na Skolimowską i obudził szofera:

— Jedziemy do domu — powiedział.