Za miastem musieli zwolnić. Masy sypkiego śniegu niesione porywistym wiatrem zalepiały szybę i niemal całkowicie przesłaniały drogę, trzepocąc w świetle reflektorów białemi nieprzeniknionemi zasłonami. Szofer jednak zbyt często tędy jeździł, by zmylić drogę, lub zjechać do rowu. Klął tylko ścicha pod nosem.
W miejscu gdzie szosa skręcała w lewo i odbiegała od rzeki, Murek kazał mu zatrzymać wóz. Wysiadł i powiedział:
— Proszę jechać. Ja tu wstąpię do tej willi i zanocuję.
Nieprzyzwyczajony do rozmów szofer tym razem jednak odważył się zaproponować:
— To ja pana dyrektora podwiozę pod willę. Zamoczy pan dyrektor nogi.
— Proszę jechać i nie wtrącać się w nieswoje rzeczy.
— Przepraszam, panie dyrektorze, a czy pani dyrektorowej mam powiedzieć, że...
— Tak, tak. Że tu nocuję.
— A może zaczekam, panie dyrektorze?... Taka zamieć...
— Czy wy chcecie stracić posadę? — huknął Murek.