Wóz zwolna ruszył z miejsca. Stopniowo oślepiająco biały klin reflektorów zmniejszał się i znikał w ciemności, aż znikł zupełnie. Dokoła była tylko czarna nieprzenikniona ciemność pełna świstu i miljonów łaskotliwych płatków, muskających twarz i ręce ostremi niewidzialnemi dotykami.

Z lewej strony o sto kilkadziesiąt metrów od szosy musiała stać willa, z prawej duży wał oddzielał drogę od Wisły. Na wale dopiero wiatr z całą siłą uderzył i trzeba było pochylić się, by nie cofnąć się pod jego przemocą. Brnąc po kolana w śniegu i ostrożnie macając teren przed sobą laską, dotarł Murek do brzegu. Pod uderzeniami laski skruszyło się z łatwością te kilkanaście centymetrów lodu, które od wczoraj, gdy silniejszy mróz chwycił, zdołało narosnąć. Tędy biegł głęboki nurt i masy wartkiej, a cieplejszej od powietrza wody wciąż zlizywały marznący brzeg.

Murek wbił w ziemię laskę, zdjął futro i zarzucił na nią, wdeptał w śnieg swój czarny pilśniowy kapelusz. Z kieszeni jesionki wydobył cyklistówkę, jak najgłębiej nasunął ją na uszy, następnie idąc uważnie wybrał miejsce, kędy wiatr nanosił zaspę.

— Tu musi zawiać powrotne ślady — stwierdził w myśli i wygramolił się na szosę.

Jednak trzymanie się szosy było zbyt ryzykowne. Nie przypuszczał, by szofer, nabrawszy jakichś objekcyj, mógł zawrócić, ale wystarczyło spotkać jeden z wielu jeżdżących tędy samochodów, by zniweczyć cały plan. Skręcił tedy w bok i poszedł naprzełaj. Okolicę znał wybornie i nie bał się zabłądzić. Obliczył sobie najprostszy kierunek do Śródborowa. Ominie Otwock, gdzie mógłby być poznany i wsiądzie do pociągu na mniejszej i nocną porą pustej stacyjce śródborowskiej. Nawet obliczył sobie, że bez pośpiechu zdąży na pociąg o północy.

Wsiądzie do wagonu, a w godzinę później będzie już w sleepingu, pędzącym do Wiednia... zagranicę... w świat. Mimowoli myśl powracała do wszystkiego tego, co porzucał. Nazajutrz zrobi się alarm, poszukiwania, policja. Tunka znajdzie listy w biurku, znajdą miejsce, gdzie dyrektor Klemm rzucił się do Wisły i utonął. Będą szukali zwłok. Pójdą telefonogramy wdół rzeki... A Czaban?... A Tunka?..

Próbował wyobrazić sobie, co powiedzą, jak odczują to zdarzenie. Zajęty swemi myślami nie czuł ani zmęczenia, ani zimna. Natrafił na niewielki zagajnik i zdawało mu się, że przypomina go sobie. Było tu zaciszniej. Przystanął, by zapalić papierosa. Machinalnie spojrzał na zegarek: wskazywał pół do pierwszej.

— Musiałem zabłądzić — skonstatował z lekkim niepokojem — Już tu powinien być tor kolejowy. Zanadto wziąłem w lewo. A może zegarek stanął?

Przyłożył do ucha, lecz świst wiatru w gałęziach zagłuszał wszystko. Pociągnął jeszcze raz papierosa i w jego świetle stwierdził ruch sekundnika. Zatem rzeczywiście zmylił drogę. Nie przestraszył się tem jednak. Za godzinę przez Śródborów przechodzi następny pociąg. Cała strata to tylko sleeping. No, i jeszcze pół doby w Warszawie...

Za laskiem skręcił w prawo. Lecz minęła godzina, dwie, a toru nie było. Pozatem czuł, że już daleko nie ujdzie. Zmęczone nogi coraz wolniej pracowały, oczy znużone ustawicznem wypatrywaniem w ciemności piekły od wiatru i ostrych igiełek śniegu. Przypominał sobie swoją wędrówkę sprzed kilku lat, kiedy podobnie borykał się z zimą i błądził po bezdrożach, uciekając od policji. Natrafił wówczas na wieś i to uratowało go od zamarznięcia w polu. Tak walczył wtedy o swoje życie, a cóż ono było warte, jakie miało perspektywy?... A dzisiaj... dzisiaj....