— Co dzisiaj? — odezwała się w nim jakby czyjaś obca myśl.

— No, mam pieniądze, doświadczenie, możność rozpoczęcia nowego życia — przekonywał siebie. — Znajdę w świecie kąt, gdzie mnie nie znają, gdzie nie wiedzą...

— Czego nie wiedzą?... — odwrotną falą odbiła się myśl. — Czy tego, co niosę w sobie?...

— Wyrzuciłem wszystko — upewniał siebie — wszystko. Zostało tam na brzegu, gdzie utopił się dyrektor Klemm. Niema go już. Niema, niema... Tam zostało wszystko...

— Tam?... Tam zostało tylko futro. A sumienie mam tu ze sobą! Trzeba było taką sztukę wymyślić, by zostawić sumienie...

Zdaleka rozległo się szczekanie psów. Myśl urwała się, przyśpieszył kroku. Po kolana zapadł w zaspy i dyszał ciężko. Napróżno jednak przystawał co kilka minut. Szczekanie nie powtórzyło się. Albo przynosił je jakiś boczny podmuch wiatru, albo było wogóle złudzeniem. Na wschodzie niebo zaczynało zdaleka szarzeć.

Nagle o kilka kroków przed Murkiem zarysował się jakiś wielki czarny kształt i wiatr ustał.

— Dom.

Zbliżył się i dotknął ręką. Nie był to dom, lecz jakiś budynek gospodarski z nieociosanych okrąglaków, prawdopodobnie stodółka chłopska. Jednak w takim razie gdzieś niedaleko musi być wieś, lub chociażby pojedyńcza chata.

Murek zaczął krążyć dokoła, bał się wszakże zbyt daleko odejść od stodółki, by jej nie stracić z oczu. Wreszcie zrezygnował z poszukiwań. Do rana śnieg przestanie padać, a w każdym razie zamieć minie, w stodółce zaś i tak można przeczekać.