Staruszka połknęła haczyk do końca:
— Odrazu poznać człowieka o starej, zachodniej kulturze — orzekła. — A, że też pan tak dobrze mówi po polsku?
— Rodzice moi przed wojną mieszkali w swoich dobrach w Prusach Wschodnich i mieliśmy tam dużo sąsiadów Polaków. Zresztą później studjowałem slawistykę, bo podziwiam piękno waszego języka dźwięcznego języka.
— Sie sind aber sehr... sehr... miły, mein Herr... — wysiliła się pani Relska.
— Nazywam się Oskar Klemm, doktór filozofji i profesor okultystyki indyjskiej, żeby zaś nie być gołosłownym, służę, oto mój paszport.
Podał jej dokument, w którym już wczoraj mozolnie dopisał przed nazwiskiem dwie literki „dr. ”, słuszniej mu zresztą należne, niż cała reszta danych, zawartych w paszporcie.
— Referencyj — ciągnął — nie mogę o sobie udzielić i z tej racji, że moje badania naukowe przeprowadzałem w Polsce w różnych miastach, zatrzymując się oczywiście w hotelach...
— Ależ to zbyteczne, zupełnie zbyteczne, — przerwała mu, — skoro się odrazu i tak widzi, z kim się ma do czynienia. Miałam wprawdzie na ten pokój innego kandydata, ale oczywiście wolę pana doktora. Zwłaszcza, jeżeli pan na dłużej, bo zmieniać wciąż to moc kłopotu, sam pan rozumie.
Murek rozumiał i zapewnił, że nie zamierza w ciągu najbliższych kilku lat opuścić Warszawy.
— Badam tu — dodał — olbrzymi materjał, spuściznę naukową po waszym wielkim okultyście, Ochorowiczu.