— Ochorowiczu!... Ależ znam! Jakże! — zawołała pani Relska. — Moja siostra kiedyś bardzo cierpiała na oczy i obeszłam z nią wszystkich okulistów. Ochorowicz, a jakże, znakomitość! Taki z bródką, niewysoki?
— Możliwe, proszę pani, — przyznał Murek, — ale ja o innym Ochorowiczu mówię, o okultyście, nie o lekarzu okuliście.
— Że to ja zawsze przesłyszę się. Nie, nie, zaraz... Na Smolnej, dobrze mówię, na Smolnej, po parzystej stronie. A pan też od ocznych chorób?
— Nie, proszę pani — uroczyście powiedział Murek — ja jestem od chorób duszy.
— Nerwowych?
— I nie nerwowych.
— To znaczy, że pan doktór jest psychjatrą?
Nie zrażając się temi pytaniami, Murek spokojnie objaśnił, co to jest okultyzm, jaka potężna i głęboka wiedza i ile ulgi może przynieść cierpiącej ludzkości.
Nie mówił tego przez gadatliwość, lecz z wyrachowaniem. Chodziło mu o przygotowanie gruntu pod taką właśnie umowę z panią Relską, by zgodziła się na przychodzenie doń klienteli. Narazie wszakże nie wspominał o tem ani słowem, gdyż bał się, że spotka go kategoryczna odmowa. Praktykę zresztą zamierzał zacząć dopiero po tygodniu lub dwóch, po całkowitem zainstalowaniu się i urządzeniu pokoju w stylu magiczno-astrologicznym.
Zostawił tedy zadatek i paszport, prosząc, by go natychmiast zameldować, gdyż jako cudzoziemiec, chce być w zupełnym porządku z krajowemi przepisami policyjnemi.