W rzeczywistości, żądał tego przez ostrożność, na wypadek, gdyby autentyczność paszportu zakwestjonowano w komisarjacie. Tak sobie też ułożył, że nie zjawi się u pani Relskiej, zanim nie dowie się, że meldunkowe formalności zostały już załatwione.

Pozatem i tak nie mógł się wprowadzić odrazu, gdyż nie miał rzeczy, a zjawienie się nowego sublokatora bez kufrów czy choćby walizek, wywołałoby niewątpliwie podejrzenia.

Cały następny dzień poświęcił tej sprawie. Kupił na Bagnie duży, używany kufer, i dwie spore walizy. W różnych rupieciarniach, powybierał potrzebne atrybuty wróżbiarsko-magiczne, a więc dwie trupie czaszki, nieco wyleniałego puhacza, czarne domino maskaradowe, spory kawał również czarnego sukna, którego rozmiary i mnogość plam po stearynie wskazywały, że służyło kiedyś do przykrywania katafalków, wielki świecznik siedmioramienny, szklany przycisk na biurko w formie dużej kuli, sito, które kazał politurować na czarno, i kilo fasoli do „egipskiej wróżby z ziarna”, i drobiazgi, jak karty zwykłe, magiczne i do francuskiej kabały, świece, papier, gęsie pióra i t. p.

Gdy po dwuch dniach zatelefonował do pani Relskiej i dowiedział się, że meldunek już załatwiony, a pokój sprzątnięty, pożegnał się z Kuzykami, którym oświadczył, że wyjeżdża do Lwowa, że im bardzo dziękuje za gościnę, i że partja komunistyczna nie zapomni im ich zasług, za co on, towarzysz Garbaty, ręczy.

Tym zwrotem zamknął nieco strapionemu Kuzykowi usta, w najodpowiedniejszej chwili, gdyż właśnie wtedy, gdy chciał on upomnieć się u Murka o obiecywany zwrot kosztów utrzymania.

Stolarz tylko zerknął ku żonie, wzywając ją na pomoc, lecz pani Kuzykowa, jeżeli rościła jakie pretensje do gościa, to tylko te, że tak daleko wyjeżdża, i że nie będą mogli się widywać. Rachunki, w związku z pobytem Murka u nich, uważała za nieistniejące, lub też w wiadomy jej sposób wyrównane.

Zabrawszy z Sosnowej niewielką paczkę rzeczy, Murek wziął dorożkę i pojechał na Bagno po swój kufer i walizy, a załadowawszy to wszystko, wyprawił się na nowe mieszkanie.

O ile pani Relska przyjęła Murka z nieukrywaną radością i sympatją, o tyle niewiele młodsza od niej, bo około pięćdziesiątki sobie licząca Michałowa, służąca, patrzyła nań z nabożeństwem i podziwem.

Objawy tych uczuć stały się jeszcze wyraźniejsze nazajutrz, gdy pokój nowego sublokatora został przezeń urządzony według wszelkich zasad, a nawet, ponad ich wymagania, nauk tajemniczych. Michałowej, już sam całun, pokrywający stół, wystarczyłby; zniosłaby jako tako ustawione na nim okropne czaszki, żydowski świecznik i szklanną kulę, ale puhacza omijała z nieukrywanym lękiem.

— On obraca temi swojemi ślepiami, panie doktorze, — zapewniała Murka, — w którą stronę się człowiek ruszy, on wciąż oczu z niego nie spuszcza.