— Kto to jest? — zwrócił się Bigelstein do Dyla.

— O, to zupełnie pewny nasz człowiek. Często korzystamy z jego mieszkania — odpowiedział Dyl.

Bigelstein zdziwił się:

— I wyście tam cały czas siedzieli?

— A cóż miałem robić? Wolałem to, niż dać się złapać. Tych szpiclów namnożyło się tyle, że wprost nosa na ulicę wychylić nie można. Ja i teraz staram się jak najmniej wychodzić.

Bigelstein wzruszył ramionami.

— Jesteście przesadnie zdenerwowani, towarzyszu. A to szkoda. Do roboty w partji potrzebni są ludzie ze zdrowemi nerwami. Tak.... tak... Więc siedzieliście wciąż u tego Kuzyka?

— U niego

— Dziwi mię tylko, dlaczegoście przez niego nie dali nam znać, gdzie jesteście?

— Tak byłem roztrzęsiony, że nawet i tego się bałem.