W tej chwili drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł, jak się tego Murek spodziewał, towarzysz Bigelstein z Centralnej Egzekutywy. Zrobił zdziwioną minę i zawołał:
— O Garbaty! Ledwiem was poznał. Skądżeście się wzięli, gdzieście bywali?
Jego przyjazny ton i uśmiechnięta mina nie wróżyły nic dobrego.
— Właśnie przyszedłem się wytłumaczyć — zaczął Murek, lecz Bigelstein klepnął go po ramieniu:
— Musicie się aż tłumaczyć?
— Nie aż, tylko poprostu wyjaśnić, dlaczegom tak długo nie przychodził.
Udając, że nie dostrzega nieufności Bigelsteina, Murek opowiedział zawiłą historję o tem, jak wpadł w oko policji, jak usiłowano go pewnego dnia przyłapać i zrewidować na Powiślu, jak uciekł z narażeniem życia przez strychy i dachy.
— No, i od owego dnia — zakończył — ukrywałem się, nie pokazując nosa na ulicę.
— A gdzieżeście się tak ukrywali? — z ironiczną dobrotliwością zapytał Bigelstein.
— Gdzieżby, jak nie u towarzysza Kuzyka.