— Moje chcenie, czy niechcenie mało tu znaczy — zauważył Murek.

Towarzysz Dyl odwrócił się i zamienił porozumiewawcze spojrzenie z innymi, poczem zwrócił się do Murka.

— Chodźcie, towarzyszu Garbaty, pogadamy.

Murek wszedł za Dylem do małego pokoiku, w którym tak niedawno jeszcze sam urzędował. Odrazu zorjentował się, że już ktoś zajął jego miejsce i to nie Dyl, gdyż w popielniczce pełno było niedopałków, a Dyl nie palił. Te same kąty, w których kiedyś Murek czuł się jakby w sztabie wielkiej i dążącej ku szczytnemu zwycięstwu armji, wydały mu się dzisiaj równie szare i obojętne, jak i reszta świata, z którym się pożegnał nazawsze. Zdawał sobie sprawę, że wprowadzono go tu teraz pod pretekstem pogawędki, że Dyl wydał milczące polecenie tamtym, by o przyjściu towarzysza Garbatego zawiadomić C. K. W. i otrzymać instrukcje.

Należało się liczyć z tem, że zechcą go tu przetrzymać i poddać badaniu, przeciw któremu zresztą nic nie miał. Właściwie poto się zjawił z gotowym planem. Chodziło mu o zapewnienie partji, że pozostaje nadal jej wiernym członkiem, a to dlatego, by go nie inwigilowano i nie posądzono o konszachty z policją polityczną. Z drugiej strony nie miał najmniejszej ochoty pracować dla partji i jeżeli się czegoś obawiał, to narzucenia mu dawnych lub nowych obowiązków. By tego uniknąć, postanowił udawać wystraszonego, symulować manję prześladowczą na punkcie lęku przed policją, która rzekomo wpadła na jego ślad od czasu podróży po owe nieszczęsne dokumenty do towarzysza Sławomira.

W tym też duchu, skoro się tylko znaleźli we dwójkę z Dylem, zaczął mówić dużo i z nadmierną obfitością szczegółów.

— A dlaczegoście nie zawiadomili nas o tem? — spokojnie przerwał Dyl.

— Bałem się ściągnąć szpiclów na was.

— Ale widzę, że wam się niezgorzej powodzi! Macie jakie zajęcie?

— Takie tam i zajęcie — lekceważąco uśmiechnął się Murek — ot, zarabiam po parę złotych dziennie.