I przepychając się wytrącił Murkowi z ręki buteleczkę z klejem. Murek odwrócił się doń wściekły. Przez tego pijaka przepadło trzydzieści groszy. Już chciał go rugnąć i zażądać dwóch złotych odszkodowania, gdy o krok za nim zobaczył Arletkę i stojącego obok niej Czarnego Kazika.

Bandyta, w czarnym pilśniowym kapeluszu i szykownem futrze, z papierosem w ustach, wyglądał jak amant filmowy, grający rolę pijanego złotego młodzieńca. Przesunął obojętnym wzrokiem po twarzy Murka i zawołał na owego czerwonego blondyna:

— Jedziemy, Zygmuś, szkoda czasu.

— Nie poznał mnie — z ulgą odetchnął Murek.

Lecz i Arletka go nie poznała. Całe towarzystwo zaczęło pakować się do taksówki i po chwili odjechało. W pierwszej sekundzie Murek omal nie wskoczył do następnego samochodu, by jechać za nimi. Jednak opamiętał się. Włazić w oczy Kazikowi, byłoby conajmniej lekkomyślnem ryzykanctwem, o Arletkę zaś i tak dowie się w tym lokalu. Chciał to zrobić zaraz, lecz drzwi już były zamknięte.

— To i lepiej — pomyślał. Zapytam ich przez telefon.

Wrócił do domu, zapalił maszynkę spirytusową i zabrał się do przyrządzania swego śniadania. Właśnie dopijał drugą szklankę herbaty, gdy w przedpokoju rozległ się dzwonek. Przeczłapały kroki Michałowej, a po chwili Murek usłyszał jej głos:

— Pan doktór Mahatma teraz nie przyjmuje, dopiero popołudniu.

I znowu:

— Nie mogę, proszę przyjść o drugiej.