Miał ją zawsze za odważną dziewczynę. Wiedział, że potrafi być bezwzględna i nielitościwa. Nigdy nie przypuszczał jednak, że zdecyduje się na morderstwo, że zdoła z zimną krwią zabić człowieka, który bądź co bądź żywił dla niej jakieś uczucia.

— Nawet śmiała się i żartowała — stwierdził nie bez obrzydzenia, ale i z podziwem. — Trzeba właśnie umieć być takim...

A Arletka umiała. Przyszła dopiero wieczorem, roześmiana, rozmowna, wręcz radosna. Zarzuciła Murkowi ręce na szyję i przeciągnęła się zalotnie:

— Co za szczęście! Pomyśl tylko: Jestem wolna! Zupełnie wolna.

Oczy jej iskrzyły się.

Murek starał się ukryć zdziwienie. Usiadła na fotelu, podciągnąwszy pod siebie nogi i dziecinnym rozbawionym tonem, tonem, którego nigdy dotychczas u niej nie słyszał, zaczęła opowiadać z najdrobniejszemi szczegółami, jak ułożyła i wykonała swój morderczy plan. Opowiadała to niczem bajeczkę z miną taką, jakby spodziewała się zachwytu i pochwał od słuchacza.

I Murek dał się w to wciągnąć. Musiał i chciał tego. Zawzięcie bronił się przeciw refleksjom, wpatrywał się w jej jasną uśmiechniętą twarz, w naiwne minki, w piękne przezroczyste oczy.

— Tak właśnie być powinno, tak właśnie — powtarzał sobie uporczywie.

Bo czyż nie postąpiła słusznie? Zemściła się na człowieku, który ją pokrzywdził, uwolniła się od terroru, od przemocy, od wiecznie wiszącej nad nią groźby. Czyż nie miała prawa? Czyż miała zostać niewolnicą znienawidzonego kochanka do końca życia, czy też do chwili, pókiby jej nie odpędził od siebie? Gdzież tu miejsce na skrupuły? Nie doznała od niego niczego, poza krzywdą, a jeżeli ją nawet kochał, to taka miłość, wszystko jedno zresztą jaka — skoro narzucona, też była tylko krzywdą.

Nietylko miała prawo uwolnić się, lecz powinna była to zrobić. A że nie było innego sposobu poza zabójstwem, więc postąpiła słusznie.