Słuchał jej opowiadania i przekonywał siebie, bo napełnił go lękiem własny przestrach przed dokonanym czynem. A musiał przecież wierzyć w siebie i w drogę, którą wybrał. Tak wierzyć, jak Arletka wierzyła w to, że nietylko nie postąpiła źle, lecz postąpiła dobrze.

Tego dnia została u Murka na noc, w związku z czem pani Relska nazajutrz wymówiła mu mieszkanie. Gdy martwił się tem, Arletka powiedziała:

— Przecież i tak wyprowadziłbyś się stąd niedługo. Od jutra zacznę poszukiwania.

Zabrała się do tego energicznie i po tygodniu byli już na własnych śmieciach. Dwa pokoje z kuchnią i ładnem wejściem przy ulicy Jasnej na pierwszem piętrze były zupełnie odpowiednie na locum dla jasnowidza, wróżbity i chiromanty, wyglądały wcale efektownie. Murek bał się wprawdzie kosztów, lecz Arletka była dobrej myśli:

— Zobaczysz — mówiła — będziemy robić kokosy.

Ku zdziwieniu Murka sprzeciwiała się jego zamiarom reklamowym. Twierdziła, że kto się ogłasza, ten na żadną porządniejszą publiczność liczyć nie może.

— A w jakiż sposób zyskać, ściągnąć tutaj porządniejszą publiczność, jeżeli się człowiek nie reklamuje? — nie bez ironji zapytał Murek.

— Właśnie w tem jest cały sęk — zaśmiała się. — Umyśliłam, że niema sensu tyrać cały dzień po złociszu od sztuki. Lepiej mieć paru klientów, a takich, co solidnie zapłacą. A wiesz kto solidnie zapłaci?

— Kto?

— Taki, któremu będzie na czemś bardzo zależało.