— Szuja — przerwał Czaban, — ale to mnie nie obchodzi. Czy weksle wykupi, o!
— Wykupi — zapewnił Murek.
— Nadzwyczajnie pan mówi — z uznaniem zawołał Czaban, — to prawdziwy dar Boży. A nie mógłby pan mi jeszcze powiedzieć o tamtej mojej stracie? Bo, widzi pan, bandyci zrabowali mi wówczas około trzystu tysięcy złotych, ale ugryźć ich nie mogli, bo nie w gotówce, tylko w papierach wartościowych i wekslach. I sam nie mam i drugiemu nie dam. Gdyby tak można było dowiedzieć się, kto te papiery ma, tobym odkupił. Jak Boga kocham, odkupiłbym. Połowębym oddał. Niechno pan, mistrzu, popatrzy w tę swoją kulę. A nóż, a widelec!
Murek zakaszlał, by ukryć radość. Przecie o to tylko mu chodziło. Jednakże przez ostrożność postanowił drożyć się:
— Nie, dzisiaj nie mogę. Za wiele pan ode mnie żąda, jak na jeden seans. To wymaga koncentracji wszystkich sił duchowych.
Czaban podrapał się w głowę:
— Szkoda. Ale ma pan nadzieję, że coś się da zrobić, a?
— Zapewne — Murek zmarszczył czoło, — postaramy się. Rozumie pan jednak, że w tej dziedzinie żadnych gwarancyj być nie może.
— Jakże! Wróżba to nie Rolls-Royce, żeby mieć gwarancję na pięć lat. To jasne. Ale co szkodzi spróbować. Pan ma niewątpliwy dar jasnowidzenia. Jeżeli nie dzisiaj, to może jutro do pana wpaść?
Na tem też stanęło i po wyjściu Czabana Murek długo chodził po pokoju, zacierając ręce i śmiejąc się do siebie. Pomimo swojej nonszalancji Czaban wywarł na nim dodatnie wrażenie. Jego czerstwa, rumiana twarz, jakaś zdrowa jędrność, uwydatniająca się w ruchach i głosie, sprytne ale życzliwe spojrzenie, ba, nawet ten zapach mocnej kolońskiej wody, który pozostał po nim w pokoju, wszystko to tworzyło zdecydowaną całość, składając się na obraz człowieka, któremu musi dopisywać powodzenie.