Murek wiedział od Arletki, że Czaban w wielu swoich interesach nie trzymał się zbyt niewolniczo ani etyki, ani prawa, co nie przeszkadzało, że cieszył się opinją porządnego człowieka. Murkowi nie wydało się to dziwne, gdyż miał już czas przyjrzeć się życiu. Skłonny był nawet wierzyć, że to, co ludzie nazywają porządnością, jest właśnie niczem innem, jak tylko mieszaniną sprytu i powodzenia, umiejętności lawirowania i szczęścia.
Sam kiedyś uważał się za porządnego człowieka. Dziś patrzył na siebie w przeszłości czasem jak na jakiegoś prawie bohatera, czasem jak na poczciwego głupca. Po przyjrzeniu się Czabanowi, wręcz pływającemu w „zdrowiu, szczęściu i wszelkiej pomyślności”, powiedział do siebie:
— Trzeba umieć tak żyć. On napewno nie ogląda się za siebie i napewno nie przeszkadzają mu spać rozmyślania nad tem, czy postępuje uczciwie, czy nie.
Wieczorem opowiedział Arletce o wizycie Czabana i zaczęli radzić, jak z nim tę kombinację załatwić.
— Nie śpiesz się — mówiła Arletka, — bo gotów domyśleć się, że w tem jest kant. Jutro powiedz mu tylko część. Ale, gdzie ty masz tę walizkę?
Murek już chciał powiedzieć jej prawdę, gdy przyszło mu do głowy, że lepiej zamilczeć. Nikomu, nawet Arletce, nie należało zbytnio ufać.
— Mam w bezpiecznem miejscu — mruknął. — U pewnego komunisty.
— No, więc jakże?
— Zabiorę od niego i ukryję gdzieś w pustkowiu.
— A czy jesteś pewien tego komunisty? Może już dawno twoją walizkę djabli wzięli?